sobota, 22 sierpnia 2009

Kalkuta, dzien drugi



Kalkuta - wyjazd.
Jeszcze tu jestem ;). Jak zwykle male przygody z Indian Railways (choc jak na te skale, to i tak wszystko dziala tu super. No, ale oni maja nawet oddzielne ministerstwo kolei. i podobno to drugi pracodawca swiata). 3 razy zmienialem bilet, ostatecznie jade 'zdrowym' (bo bez klimy) sleeperem o 16.00.


Plan na najblizsze dni: herbata i deszcz.
Cel pierwszy: dotrzec do Maghalaya (jedna z prowincji polnocno-wschodnich, The Abode of Clouds), do 'najbardziej mokrego miejsca na ziemi' ;).
Pozniej Assam i powoli wracam - Darjeeling i okolice.
A na koniec sierpnia kilka wygodnych dni w Kalkucie. Trzeba troche popracowac ;). Juz sobie gniazdko moszcze - znalazlem mily hotel za 300Rs, mroczny bar piwno - wodczany (nie ma mowy o jakis fiu-bzdiu posilkach), w ktorym kelnerzy biegaja w bialych koszulach i dobra knajpe internetowa. To za dni kilka.

Poki co testuje kalkuckie jadlodajnie uliczne. Tego pewnie bedzie mi najbardziej brakowalo w Polsce. Dzisiejszy lunch: masala dosa (supercienki nalesnik wypelniony mieszanina gotowanych warzyw, surowej cebuli, swiezej kolendry i mieszaniny przypraw) rupii 18 only. czaj (w 'ekologicznej' glinanej czarce rupii 3 only). Wszystko swiezo przyrzadzone, przyozdobione krotkim, ale tresciwym atakiem monsunu :).


Kalkuta. Miasto.
Zrobila na mnie dobre wrazenie od samego przyjazdu (caly czas porownuje ja z New Delhi). Pierwsze spotkanie - dworzec kolejowy. Dluga droga wzdluz peronu do wyjsca. Zazwyczaj indyjskie perony poprzecinane sa prostopadlymi 'wiaduktami' dla pieszych. Tutaj wyjsc mozna dopiero przy budynku dworca, ktory stoi prostopadle do torow, 'wienczac' perony. Calkiem znajomy byl to widok. Przeciez to niemal kopia Victoria Station w Londynie ;).
Zolto-czarne ambasadory pracuja tu jako taksowki, zamiast wszechobecnych w Delhi zielonych, halasliwych trojkolowek.

Policjanci obecni na kazdym skrzyzowaniu naprawde kieruja ruchem. Widzialem nawet 'centrum sterowania' swiatlami (mala budka z eletrycznymi przelacznikami w srodku). Wszyscy motocyklisci jezdza w kaskach - kolejny ewenement na skale calych Indii (inna rzecz, ze sa to najczesciej kaski typu 'zolnierz wermachtu '39).
Zupelnie oddzielna opowiesc to architerktura Kalkuty. Tu kolonialna przeszlosc widac najmocniej. Potezne, choc zniszczone wiktorianskie budynki przeswituja przez miejscami przetarta, nowoczesna tkanine miasta.
No i najbardziej zaskakujace piesze riksze. Bosi mezczyzni obwinieci w pasie bawelniana tkanina ciagna wozki wypakowane pasazerami lub towarami. Te pojazdy dosadniej odsylaja do kolonialnej przeszlosci niz najbardziej nawet monumentalna architektura.

Jezeli New Delhi jest jak Warszawa (choc z zupelnie odmienna historia), to Kalkuta przypomnia mi Poznan - niespodziewanie objawiajace sie slady swietnosci z poczatku minionego wieku.



1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Ciekawe jak to wszystko funkcjonuje-> notki ponownie dłuższe:-) Czytam z zainteresowaniem.
Pozdrawiam,
Ł