
Od czasu, gdy widzialem, ze tu przyjade, zaczalem sobie wyobrazac Rajasthan (albo Radzastan, jak kto woli). Okazalo sie, ze ten moj ma trzy twarze (wiem, to moze smiesznie wyglada - trzy twarze, ale tutaj niektorzy bogowie maja po piec - jedna obok drugiej).
Twarz pierwsza Rajasthan maharadzy. Bajecznie bogaci wladcy, zyjacy w niewyobrazalnym przepychu, toczacy miedzy soba nieustanne bitwy. Udala mi sie zobaczyc ten kraj w kolejnych muzeach (najwieksze wrazenie robi palac w Udaipur), nieprzebrzmiala swietnosc, dzielo czlowieka.
(Dzisiaj widzalem obrazek, zywcem wyjety z mej pamieci. Pamietacie te scene jak Tomek Wilmowski w palacu u maharadzy poskramia wzrokiem dwa lamparty? W muzeum w Bikaner widzialem tron maharadzy i stojace po bokach dwa wypchane lamparty. aha.)

Druga twarz Rajasthanu to ruiny fortow i murow obronnych poddajace sie dzialaniu czasu i przyrody. Opuszczone, rzadzone przez stada malp. Dzielo czlowieka, ktore nie wytrzymalo proby czasu. Dosadna probke tego mialem w Bundi (te wojny z malpami, to bylo cos ;) ).
I trzeci Rajasthan - pustynia Thar. Czesciowo juz jej doswiadczylem, przejechalem kilkaset pustynnych kilometrow autobusem. Widzialem swobodnie pasace sie wielblody i ludzi wysiadajacych z autobusu, w miejscach, gdzie po horyzont nie bylo nic. Ale pustynia jeszcze przede mna. Przyroda, ktora pozwala czlowiekowi przetrwac.
No i tysiace twarzy spotkanych po drodze ludzi.


ps. to zdjecie na poczatku tekstu - palace maharadzow maja czesto okna wypelnione roznokolorowymi szybkami. zupelnie roznie przez nie swiat wyglada :).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz